W 2023 r. jednym z moich celów było zorganizowanie sobie wycieczki samej. Ze względu na już trwające jakiś czas moje zafascynowanie krajem, jakim są Włochy, ich kulturą, a także na fakt, że od około 2 lat uczę się języka włoskiego, wybór kraju był niezwykle prosty. Pozostało wybrać konkretne miejsce. Uznałam, że dobrym pomysłem będzie zorganizowanie wycieczki jak najszybciej, podczas trwającej zimy w Polsce. Chciałam wybrać miejsce, gdzie zaznam trochę ciepła w tych zimowych miesiącach. Celowałam w południe Włoch i mój wybór padł na region, jakim jest Apulia.
Bilety zarezerwowałam w grudniu w terminie od 1 do 4 lutego 2023 r. Cena wyniosła 215 zł. (Koszty pozliczam na końcu). Nie zwracałam do końca uwagi na termin ani na długość pobytu. Wybór padł na taki termin, ponieważ wychodziło to fajnie cenowo i godzinowo. Chciałam, aby długość pobytu, jak na pierwszą solową wyprawę, to było maksymalnie 4 dni. Czy czułam obawę? Myślę, że wyłącznie adrenalinę połączoną z chęcią sprawdzenia się.
Nie obawiałam się tego kraju, poznałam już trochę tamtejszą kulturę, dużo dobrych rzeczy słyszałam o uprzejmości Włochów. W poprzednim roku odwiedziłam też w czerwcu Rzym. Jak wiadomo, wszędzie może się coś przydarzyć przykrego, ale myśląc w ten sposób, człowiek nie byłby w stanie nic realizować. Jeszcze rok temu, też nie brałabym pod uwagę takiego przedsięwzięcia, ale jak tylko poczułam, że jestem w stanie to zrobić już nie było mocy, żeby mnie od tego odwieść. Nawet strach w oczach moich rodziców, a także niektórych znajomych i pytania "Ale jak samemu?" nie mogły mnie do tego zniechęcić. Dotarłam w swoim życiu do takiego miejsca, że przestałam pokładać tak dużą ufność w to, co mówią inni, nawet jak wynika to z ich troski, ponieważ zrozumiałam, że to jest moje życie i to, jak nim pokieruje, leży wyłącznie w moich rękach.
Wracając do tematu, gdy loty już zostały wybrane, pozostało znaleźć noclegi. Jak na pierwszy raz uznałam, że chce mieć własny pokoik z własną łazienką, wiec takie też obrałam kryteria. Dużo pomogły mi różne wpisy na portalach społecznościowych oraz na różnych stronach internetowych, czym się sugerować jadąc do Apulii. Wiedziałam na pewno, że muszę mieć dobry dojazd z lotniska oraz blisko dworca. Muszę w tym miejscu dodać, że głównie region Apulii kojarzył mi się z malowniczym miasteczkiem Alberobello z charakterystycznymi domkami, jakim są trulli, które widziałam tylko na zdjęciach. Ze względu na często spotykane komentarze, że, aby poczuć tego klimat, fajnie jest mieć nocleg w jednym z takich domków, wzięłam to pod uwagę. Zarezerwowałam 2 noclegi w Bari (10 minut do dworca głównego, jak i na stare miasto) oraz 1 nocleg w Alberobello w trullo.
Następny krok to było rozplanowanie, co chcę zobaczyć. Przeglądając różne blogi oraz śledząc grupy tematyczne na portalach społecznościowych opracowałam wstępny plan, a im bliżej było do wyjazdu, dopracowywałam go o szczegóły dotyczące nawet restauracji, w których mogę próbować regionalnych przysmaków. Trasy naniosłam na google maps, żeby móc na spokojnie z tego korzystać na miejscu. Dodatkowo miałam ze sobą notes, w których miałam pozapisywane hasłami różne informacje, które szybko miały mnie naprowadzić na właściwe tory, w razie jakiejś awaryjnej sytuacji. A także dodatkowe rzeczy, jak np. nazwy restauracji czy dań, których chcę spróbować.
Dzień przylotu 01.02.2023 r.
Urlop w pracy zaklepany, można jechać. Do Krakowa z mojej miejscowości zamieszkania dostałam się pociągiem jadąc ok. 1 godziny. W zapasie miałam dużo czasu, bo wylot był o 14:00, a wiec korzystając z czasu, na spokojnie zaliczyłam sobie kawkę, słuchając podcastów w języku włoskim i czytając książkę. Lotniskowe procedury przeszły bez żadnych problemów i już ok. godziny 16:00 witało mnie słońce na lotnisku w Bari. Słońce właśnie tam zachodziło, pogoda była zupełnie inna niż ta, którą zostawiłam w Polsce. Zaczęłam ją chłonąć i czuć słońce na twarzy. Nawet teraz, gdy patrzę na to zdjęcie, mam podobne odczucia.
 |
| Zachodzące słońce; lotnisko w Bari |
Aby dostać się do dworca głównego, pamiętałam, że mogę się tam dostać autobusem nr 16. Biletów do kupienia w sklepie Relay już nie było. A więc z informacją, że bilet kupię u kierowcy, odnalazłam przystanek (po wyjściu z lotniska zaraz w lewo) i czekałam. Pierwsze perypetie się zaczęły jak kierowca nie przyjmował płatności kartą, jak również nie miał drobnych, żeby wydać. Po rozmienieniu pieniędzy, wsiadłam i zaczęłam podróż po Bari do dworca głównego. Jedyną rzeczą, jaką żałowałam to fakt, że słońce tak pięknie zachodziło a nie było możliwości zrobić fajnego zdjęcia. Podróż trwała ok. 1 godziny, więc jak już wysiadłam, słońce całkiem zaszło. Było już dość ciemno, co widać na zdjęciu poniżej. A zachodu słońca nie udało mi się uchwycić właściwie przez cały pobyt dalej. No cóż, następnym razem, ten szczegół dopracuje bardziej.
 |
| Okolice Bari Centrale |
Z dworca szłam ok. 10 min. pieszo, chłonąc nowe widoki, aż dotarłam do mojego miejsca noclegowego, gdzie przywitała mnie bardzo uprzejma pani, tłumacząc wszystko i odpowiadając na moje pytania. Po odświeżeniu się po podróży, ruszyłam prosto na miasto, żeby w końcu spróbować prawdziwych włoskich specjałów. Zdałam sobie sprawę, że cały dzień byłam o dwóch kanapkach, więc mój głód był na wysokim poziomie. Kto zna trochę włoski program dnia, to wie, że tam restauracje zamykają się koło południa, a otwierają ponownie koło 18, 19 czy nawet 20 i wtedy Włosi z rodzinami lub ze znajomymi wychodzą na miasto jedząc główny posiłek w trakcie dnia, który może trwać kilka godzin. Ja zawędrowałam do restauracji "Enzo e Ciro", którą miałam wypatrzoną oczywiście już w domu, ze względu na nie tak późne godziny otwarcia. Jako aperitif zamówiłam Scamorza alla brace i muszę przyznać, że było to przysłowiowe "niebo w gębie". Jest to grilowany ser z mleka krowiego, podany na gorąco, a do tego bruschetta, co razem super się komponowało. Do tego zamówiłam włoskie limoncello, które po całym moim dniu w trasie, muszę przyznać, spowodowało, że zaszumiało mi głowie. Właściwie na tym etapie zaspokoiłam swój głód, ale, że składając zamówienie przeceniłam swoje możliwości, do skonsumowania została mi pizza Margherita. Oczywiście, nie byłam w stanie zjeść całej, mimo że jest na cienkim cieście. Podana jest w jednym kawałku, więc zostaje nóż i widelec, choć widziałam, że niektórzy jedli urywając sobie po kawałku.
 |
| Scamorza alla brace |
 |
| Pizza Margherita |
Po posileniu się ruszyłam moją trasą zaplanowaną na ten dzień. Spacerując ulicą Largo Luigi Giannella oglądałam Morze Adriatyckie, a także podziwiałam La Ruota czyli nasz diabelski młyn. O tej porze mienił się różnymi kolorami i naprawdę pięknie się prezentował. W Bari także trwał jeszcze okres świąteczny, a więc można było dużo światełek widzieć np. na palmach. Ja osobiście uwielbiam palmy, może dlatego, że w Polsce nie rosną, ale ozdobione wzdłuż długości światełkami, wyglądają epicko!
 |
| La Ruota |
Dotarłam też do miejsca, które często widywałam na zdjęciach prezentujących Bari, a więc kolorowe, zazwyczaj niebieskie łódeczki poustawiane nad wodą. Wieczorem widać jak miasto odbija się w wodzie. Oczywiście nie mogło też zabraknąć Aperol Spritz! Mimo zimna, dodatkowo schłodziłam się orzeźwiającym drinkiem. Może w tym miejscu warto zaznaczyć, czy się już zaczęłam bać, obcy kraj...wieczorem... Ale dalej się nie bałam i wciąż uważam, że nie ma czego. Ludzie może zaszczycą Cię spojrzeniem, ale to wszystko. Bo czy my patrzymy na każdego na ulicy, kto idzie samotnie; nawet nie zwracamy uwagi. Po tym doświadczeniu wiem, że właśnie bardziej zwraca się uwagę na grupki ludzi czy turystów. Zachowują się głośniej i przykuwają wzrok. Ja czułam się tam, jak "u siebie". Nawet czasem musiałam sobie przypomnieć "Hej, jesteś we Włoszech!" To też był luty, miesiąc poza sezonem, a więc więcej niż turystów, było mieszkańców, dla których to był zwykły dzień.
 |
| Bari nocą |
 |
| Aperol Spritz |
Drugi dzień 02.02.2023 r.
Następnego dnia pobudka była 6:45, ponieważ plan był napięty. Pociągiem o godz. 7:50 z Bari Centrale dostałam się do Polignano A Mare. Śniadanie na ten dzień zaplanowałam typowo włoskie: espresso + cornetto, które zrealizowałam w klimatycznym miejscu Bar "L'arciere" przy palmach i, jak widać, przy pięknej pogodzie, która ciągle mi towarzyszyła
Po krótkim posiłku, odpaliłam moją trasę na ten dzień i ruszyłam w stronę Morza Adriatyckiego. Uliczki już tutaj prezentowały się klimatycznie. Słońce wręcz opalało, dlatego spacerowałam sobie docierając do punktów widokowych, wzdłuż nadmorskiej promenady, fotografując urzekające miejsca.
Musiałam też znaleźć miejsce, które zazwyczaj widnieje, jako prezentujące Polignano A Mare, a które nie przyszło mi łatwo, ponieważ zaczęłam od drugiej strony, ale ostatecznie dotarłam na most Ponte di Polignano i ujrzałam Plażę Lama Monachile. Potrzebowałam tylko dostać się na dół, w czym pomogła mi miejscowa pani wskazując, a przy tym idąc ze mną do schodów, dzięki którym znalazłam się na słynnej plaży w Polignano a Mare, którą prezentują poniższe zdjęcia. Było trochę wietrznie, ale świecące słońce to rekompensowało.
Następnym punktem była plaża Pane e Pomodoro. Żeby się tam dostać, o godz. 11:30 podjechałam pociągiem 2 przystanki, wysiadając na stacji Bari Parco Sud, po ok. godzinie trasy. Dalszą część zaplanowałam spacerować promenadą, aby dotrzeć do Bari. Po drodze kupiłam arancini, czyli włoski specjał, tj. kuleczka ryżowa, którą ja akurat miałam z mozzarellą i mięsem i zjadłam robiąc sobie przerwę.
 |
| arancini |
Znajdując się już w Bari, dotarłam do mojego apartamentu, w celu odpoczęcia, odświeżenia się i naładowania telefonu. Na miasto ruszyłam ponownie po godz.15:00, odpalając kolejną trasę, co mam zobaczyć w mieście Bari. Najpierw szłam ulicą, mijając Teatro Margherita i tak dotarłam do Piazza Mercantile. Zatrzymywałam się, po drodze, ponieważ muszę powiedzieć, że ja naprawdę muszę się powstrzymywać, żeby nie robić zdjęcia każdej palmie. To dotyczy każdej mojej wycieczki do kraju, gdzie rosną palmy. Dla mnie są zachwycające. Ale numerem jeden, już od momentu planowania wypadu, było zobaczenie pięknych, ułożonych niebieskich łódek na spokojnej wodzie, przy bezchmurnym niebie. Jak widać niżej, moje oczekiwania zostały spełnione. Do tego miejsca, już w tym miejscu, planuje wrócić, ale tym razem w sezonie letnim.

Dobra, i tak nadeszła znowu pora na następny włoski smakołyk. Tym razem wybór padł na panzerotti cime di rapa, czyli z rzepą brokułową i mozzarellą. Już wcześniej planowałam tego spróbować, bo wiedziałam, że rzepa brokułowa jest typowym tutaj specjałem. To była druga rzecz, która mnie zachwyciła smakiem. Niestety, nie mogę polecić miejsca, gdzie to kupiłam; było to gdzieś po drodze. Mimo tego, że było gorące, naprawdę smak tak zachwycał, że szybko zniknęło. Przekąska godna polecenia.
 |
panzerotti
|
Ruszyłam dalej. Moją trasę traktowałam bardziej punktowo, ponieważ w rzeczywistości, coś zazwyczaj odciągało moją uwagę, więc po prostu wymienię najważniejsze punkty. Szłam przez Piazza Mercantile, a następnie wbiłam się na Bari Vecchia. W pełnym słońcu prezentował się Castello Normanno Svevo.
 |
| Castello Normanno Svevo |
Dalej Katedra Św. Sabinusa Chiesa di San Sabino oraz Bazylika Św. Mikołaja Chiesa di San Nicola.
 |
| Chiesa di San Nicola |
 |
| Chiesa di San Sabino |
Przeszłam również słynną ulicę Arco Basso, na której można na żywo zobaczyć jak panie wyrabiają makaron na ulicy, słynny dla tego rejonu tj. orecchiette. Akurat tą porą, co ja szłam, mogłam dojrzeć tylko dwie panie, które w swoich domach, przy drzwiach otwartych, oglądając telewizor, pracują sobie spokojnie wyrabiając makaron. Super jest sobie tak spacerować tymi uliczkami, wszystko zachwyca, żeby robić zdjęcia, ale myślę, że lepiej się skupić i po prostu być tam i chłonąć ten klimat. Przechadzałam się też parkiem Corso Vittorio Emanuele II.
 |
| Corso Vittorio Emanuele II |

I tak wieczór nadszedł czas na następny posiłek. W tym celu udałam się do restauracji Borgo Antico R45, oczywiście wcześniej, w miarę sprawdzonej, ponieważ dziś chciałam zjeść właśnie danie, z którego słynie ten region, a więc Orecchiette con cime di rapa, czyli typowy tu dla regiony makaron z rzepą brokułową. Na deser spróbowałam włoskiego tiramisu. Wszystko był naprawdę smaczne. Siedziałam na zewnątrz, ponieważ miejsce było bardzo klimatyczne, co myślę, że zdjęcie oddaje w dużym stopniu.
 |
| Orecchiette con cime di rapa |
 |
Tiramisu
|
Po posiłku postanowiłam jeszcze pochodzić po Bari. Już było ciemno, więc chciałam porobić trochę zdjęć. Pięknie odbijał się w wodzie Teatro Margherita oraz dalej, jak dla mnie, łódki też robiły klimat. Porą wieczorną wróciłam do swojego apartamentu.
Trzeci dzień 03.02.2023 r.
W następnym dniu pobudka również była 6:45. Kolejny nocleg był zaplanowany w Alberobello, więc 7:30 wymeldowałam się, żegnając się z właścicielką i ruszyłam na dworzec, gdzie autobusem o 8:00 dostałam się do Locorotondo. Jechałam ponad godzinę, Locorotondo było w moim planie, ponieważ często czytałam, że na jeden dzień najlepiej połączyć Alberobello z Locorotondo właśnie. Uznałam, że przeznaczę tam kilka godzin i ruszę w końcu do miasteczka trulli. Ale tak, minęłam tylko kilka uliczek i już mnie zachwyciły.
Idąc według mojej mapki, najpierw poszłam do punktu widokowego przy Belvedere di Locorotondo. Tam zrobiło się trochę pochmurnie. Widok nie wywarł na mnie mocnego wrażenia, zwłaszcza, że ten dzień był nieco wietrzny.
Dalej przeszłam obok Porta Napoli przez Piazza Vittorio Emanuele II i zagłębiłam się w miasteczko. Tu już zrozumiałam urok tego miejsca, można tak się zatracać, spacerując. Moim zdaniem każdy detal jest tu dopracowany.


Po pewnym czasie uznałam, że czas wyjść z miasteczka. Ta miejscowość, jak sam nazwa wskazuje, jest zbudowana na kształt koła, więc zauważyłam, że nie ma sensu za bardzo korzystać z mapy, bo trochę to szaleje; jak idzie się prosto to i tak się skręca, więc trochę mi zeszło dojść do następnego punktu, do którego coś nie byłam przekonana. Ale mapka wskazywała, że faktycznie mam iść niepozornie wyglądającą taką polną drogą, żeby też dojść do ciekawego punktu widokowego. Za chwilę miałam się przekonać, jakie widoki mnie czekały. Pogoda była wymarzona, przed sobą miałam widok poniżej.
Natomiast po dojściu do drogi asfaltowej, ujrzałam całe Locorotondo w swojej okazałości, przy słonecznej pogodzie. Muszę dodać, że nie zwracałam uwagi wcześniej na takie uchwycenie na zdjęciach tej miejscowości. Jak ujrzałam całe miasteczko, naprawdę zaparło mi dech. Byłam zachwycona tym widokiem, a jednocześnie, uwalniając przy tym inne emocje, tym, że tam dotarłam, tym, że pogoda mi sprzyja i tym, że tam jestem. Ten moment przeżyłam najbardziej, biorąc pod uwagę całą podróż. Gdyby nie dalsze plany na ten dzień, mogłabym tam siedzieć i patrzeć na ten widok. Zrozumiałam właśnie urok Locorotondo i cieszyłam się, że zmieściłam go w swoim planie. Nawet zdjęcia, myślę, że tak niestety nie oddadzą tego piękna, które mnie zaczarowało i szybko nie odczaruje. Ten moment zostanie ze mną na długo.
Dalszy plan na ten dzień to oczywiście Alberobello. Ale najpierw postanowiłam coś zjeść, bo od rana tego dnia nic nie jadłam. Dodatkowo ciężko mi było tam coś znaleźć z szybką przekąską, a pora też była taka, że dużo jeszcze lokali było zamkniętych. Ale udało mi się znaleźć miejsce, gdzie mogłam spróbować kolejnego włoskiego specjału tj. focaccia, czyli spodu z ciasta z różnymi dodatkami. Jak dla mnie było to smaczne; ważne, że głód zaspokoiło. Później ruszyłam na dworzec, a ok. 13:30 pociągiem podjechałam ok. 15 minut do Alberobello.
 |
focaccia
|
Dotarłam w końcu do miejsca, przez które wybrałam Apulię na region do zwiedzania. Domy trulli widziałam już wcześniej, jadąc autobusem, a także trochę ich było w rejonie Locorotondo. Z racji, że w godzinach 15:00 - 16:00 miałam się już zameldować w nowym apartamencie, a wiedząc, że mam tam ok. 35 min. drogi pieszo, szybko ruszyłam do zwiedzania. Najpierw wyszłam na punkt widokowy Vista Panoramica dei Trulli, gdzie można było zobaczyć ciekawe ujęcie na domki. Można się poczuć jak w jakiejś bajkowej wiosce. Potem przeszłam się Belvedere sui Trulli.

Następnie doszłam przez plac główny do Rione Monti, czyli największej strefy trulli. Pogoda wciąż się utrzymywała i zdjęcia wychodziły malownicze. Uliczkami i tutaj, można było błądzić i podziwiać miasteczko. Domki są urocze, ale po pewnym czasie, a w moim przypadku chyba trochę za szybko, przyzwyczaiłam się do tego widoku i niestety, szybko to super wrażenie minęło. Ale mimo wszystko i tak świetnie spacerowało się między nimi.



Zmierzając już powoli w stronę apartamentu, po drodze minęłam jeszcze Basilica S. Cosma e Damiano oraz Trullo Sovrano, które jest jedynym dwukondygnacyjnym trullo.
 |
| Basilica S. Cosma e Damiano |
 |
| Trullo Sovrano |
Posilając się kawą i włoskim pasticcino, czyli ciastkiem z nadzieniem i oglądając wciąż niesamowite widoki, przy już lekko zachodzącym słońcu, dotarłam do mojego miejsca ostatniego noclegu.
Jak już wspomniałam na samym wstępie, przy planowaniu noclegów, na ten ostatni miałam zaplanowany pobyt w jednym z trullo. Wnętrze było niesamowite. Właścicielka okazała się bardzo ciepłą i pomocną osobą. Co mnie trochę zdziwiło, to fakt, że szybko się ochładzało w tych pomieszczeniach. Dobrze było nagrzewać co jakiś czas. Klimat był unikatowy.

Po zameldowaniu dalej chciałam wrócić i zwiedzać Alberobello i poszukać jakiś ciekawych miejsc. Właścicielka była na tyle miła, a także na tyle się martwiła, że, jak to usłyszała, uznała i zaproponowała mi, że mnie odwiezie i przyjedzie po mnie, jak będę chciała wracać, ponieważ jest już zimno i ciemno, a trzeba iść około 35 minut do samego centrum. Przystałam na to i jestem jej bardzo wdzięczna za to, bo naprawdę zaoszczędziło mi to dużo czasu. I w dodatku było już naprawdę zimno. Chodziłam nawet po tych samych miejscach, ale już nocą, były oświetlone, a nawet zdarzyło się jeszcze zobaczyć dekoracje świąteczne. Wstawię trochę zdjęć z pory wieczornej.
Jako moją kolację, zjadłam naleśnika, ale z czym dokładnie to nie pamiętam, głównie warzywa. Faktycznie, było już bardzo zimno. Na szczęście transport zapewniła mi pani wynajmująca mieszkanie, więc na wieczór dostałam się do mojego klimatycznego trullo.
Dzień wylotu 04.02.2023 r.
Ostatni dzień rozpoczęłam od włoskiego śniadania z espresso w trullo. Po pożegnaniu się ruszyłam na dworzec główny w Alberobello. Rano również przywitało mnie słońce i kolejne piękne widoki.
Pociągiem, na spokojnie, dostałam się do Bari, a że lot miałam o godzinie 17:00, postanowiłam jeszcze pochodzić sobie po Bari. Przeszłam dzielnicą Murat, gdzie o tej porze był duży ruch. Ludzie siedzieli z kawą lub z lampką wina przed restauracjami, a inni robili zakupy. Postanowiłam jeszcze raz zajrzeć na mój ulubiony widok w Bari nad wodą. Po drodze kupiłam sobie jakąś pamiątkę z tego regionu, potem kupiłam panino baresano z mortadellą, suszonymi pomidorami oraz z serem provolone. Ostatni posiłek zjadłam, żegnając się z Apulią i chłonąc widok morza.
Po jakimś czasie, nie zostało innego wyjścia, jak iść na dworzec na pociąg na lotnisko i wracać do Polski. Tu lepiej zapamiętać, że pociągi kursujące na lotnisko odjeżdżają trochę z innego miejsca przy dworcu. Zazwyczaj, wracając do Polski, nagle są sami Polacy wkoło, więc zawsze można kogoś poprosić o pomoc w razie problemów. Na lotnisku trzeba było się już przestawić powoli na tryb "powakacyjny", co dla mnie zazwyczaj nie bywa proste, ale powoli, czekając na lot, zwłaszcza, że był jeszcze opóźniony o godzinę, przyzwyczajałam się do tej myśli, a w mojej głowie powstawał nowy plan wycieczki.
Koszty:
loty - 215 zł
noclegi - 850 zł
jedzenie - 350 zł
transport - 110 zł
pozostałe - 200 zł
Łącznie: 1725 zł
Czy mogłam zorganizować taniej?
Tak. Można, jako bazę noclegową wybierać tańsze opcje, jak np hostele. Ja, jak na pierwszy raz, wolałam sobie to wszystko w ten sposób zorganizować, jaki właśnie obrałam. Następne wycieczki, myślę korzystać już z tańszych rozwiązań. Jeśli chodzi o jedzenie, to tutaj, żeby spróbować dań danego regionu, nie da się zaoszczędzić.
Czy mogłam zwiedzić i zobaczyć więcej w tym czasie?
Pewnie tak, ale, żeby poczuć dobrze klimat, wydaję mi się, że trzeba czasem się zatrzymać, nawet posiłek spokojnie zjeść, poczuć słynne la dolce vita. Jak na pierwszą moją wyprawę, jestem bardzo zadowolona i dumna z siebie. Wiem, że jakbym obrała za dużo punktów docelowych, potem mogłabym mieć wyrzuty, że nie skupiłam się na nich tylko "poszłam na ilość".
Czy coś mnie zaskoczyło?
Jedną rzeczą, którą się spodziewałam, ale jednak i tak mnie miło w tym utwierdziła, to opisywana uprzejmość Włochów. Mogę to stwierdzić z pewnością, ponieważ ile razy, a zdarzyło się kilka, że zapytałam o drogę, to nie dość, że wskazali gdzie, to zawsze ze mną ten kawałek poszli, jeszcze nawet pytając, czy dalej już wiem, jak sobie poradzić. Jest to naprawdę budujące doświadczyć takiego zachowania.
Jak z językiem?
Z racji, że uczę się języka włoskiego, starałam się za każdym razem, mówić po włosku. Ale czasami byłam zmuszona użyć angielskiego, ponieważ mam go na poziomie wyższym i częściej używam, więc było szybciej i łatwiej. Czasem, jak ktoś chciał mi coś wytłumaczyć i widział, że jestem turystką też zaczynał po angielsku. Zdarzyło mi się też zmiksować te języki;) Najważniejsze jest, żeby za bardzo nie skupiać się na tym, jak mówimy, ale żeby mówić (swoją drogą, do tego wniosku też długo musiałam dochodzić, ale teraz już to wiem, że tak po prostu jest).
 |
"Tutto accade per una ragione" (Wszystko dzieje się po coś) |
A na koniec podzielę się również moją dygresją, ponieważ przez ten pobyt nawet przekonałam się do hasła, które zobaczyłam na ławce w Alberobello, a do którego nie byłam przekonana i teraz myślę, że faktycznie, wszystko dzieje się po coś!:) Mam nadzieję, że nie przynudziłam i że trochę radości mieliście w czytaniu tego. Ja spisując to i wspominając od nowa, miałam frajdę. Jeszcze większą będę mieć, jak ktoś skorzysta trochę z moich tutaj zdobytych doświadczeń. Będę wdzięczna za zostawienie jakiegoś komentarza:)
Byłam w Bari i okolicach z zeszłym roku i przemiło czytało się Twoją relację z wyjazdu. Ciekawa jestem, gdzie wybierzesz się następnym razem :).
OdpowiedzUsuńBardzo mi miło, dziękuje! Planuję jeszcze raz odwiedzić Apulię i zwiedzić niektóre miejsca, które tutaj mi się nie udało. Ale, czy to będzie ten następny wyjazd to się okaże:)
Usuń